Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przędzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przędzenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2026

owca pomorska - wełna

 

Długo się zastanawiałam jak ten tekst ma wyglądać. I w dalszym ciągu w mojej głowie nie wyklarował się plan, który uporządkowałby to co chce Wam przekazać. Nie mogę i nie chce stawiać się w roli specjalisty, bo jestem hobbystą. Chce zachęcić, ale nie namawiać. 

Bo głównym tematem jest oczywiście wełna. Wełna z konkretnej rasy owiec. Jak wygląda? Jak się zachowuje? Jakie ma właściwości? Jak się przędzie? Na co się taka przędza nadaje? Jak się będzie nosić?

Tyle tylko, że ciężko o tym opowiadać pomijając skąd owca pochodzi? Jakie jest to zwierze? W jakich warunkach zostało "stworzone" i po co? Jaka jest jej historia i jakie towarzyszą jej ciekawostki. 

Postanowiłam więc postawić na luz i opowiedzieć o tym co mnie samą zainteresowało, a co znalazłam w czeluściach internetu. Cała reszta to subiektywne wrażenia, które mam nadzieje zestawicie z własnymi.  


OWCA POMORSKA wg. źródeł (linki na końcu postu) swoje początki ma w XVIII wieku na pomorzu polskim. Podobno wywodzi się od prymitywnych owiec z rejonu Kaszub zwanych fagasami.

FAGAS wg. wielkiego słownika języka polskiego to (między innymi) duża owca hodowana dla mięsa, wełny i mleka. To ważna informacja bo u ras mięsnych, ras wełnistych i ras mlecznych wełna różni się. Mamy więc protoplastę od wszystkiego. 

Owca pomorska jest owcą mięso-wełnistą. To znaczy, że hodowca wybierając tą rasę najwięcej skorzystać może właśnie na wełnie i mięsie z tych zwierząt. Taki jest ich hodowlany profil. Są to zwierzęta duże (być może po fagasach właśnie), o grubej i zwartej okrywie wełny. Wg. znalezionych informacji są odporne na nadmorski klimat- oczywiście mowa jest o bałtyckim nadbrzeżu. 

I teraz najważniejsze.

Fagasy w XVIII wieku krzyżowane były z owcami żuławskimi pochodzącymi z Holandii (posiłkuje się w tych informacjach panem Stanisławem Milewskim). W latach 20 i 30 XX wieku zaczęto je uszlachetniać wykorzystując tryki (samce) owcy rasy fryzyjskiej i holsztyńskiej, w niewielkim stopniu także owcą rasy berrichon du cher. Dalej dołożono owce teksel.

Niezły tygiel prawda? Tak na prawdę to nic zaskakującego. Na tym właśnie polega hodowla. 

Wyróżnia się dwa typy owcy pomorskiej- koszaliński i kaszubski. To u kaszubskiego głównym rdzeniem były wspomniane wyżej fagasy i to ta linia finalnie bardziej skupiła się na profilu mięsnym. Koszalińska odnoga ma lepsze osiągi w profilu wełnistym. Dużo, duuużo więcej informacji znajdziecie w linkach na końcu tego postu.

Przejdźmy do tego co nas, prządki, najbardziej interesuje. 

Do wełny.

I tu najważniejsza ciekawostka. Owca pomorska występuje w dwóch typach barwnych.

 

Złotym masełkowym/śmietankowym, oraz w szarym "borsuczym".

Bardzo ciężko było mi złapać też złoty masełkowy kolor na zdjęciu, udało się dopiero na filmie.

Po raz pierwszy miałam styczność z owca pomorską 3 lata temu, gdy przeprowadziłam się do Kwidzyna (woj.pomorskie). Stado spod Kwidzyna właśnie, było kremowo złote i jeśli miałabym je do czegokolwiek co znałam porównywać, pierwsza na myśl przychodzi mi nasza polska czarnogłówka. Po długim namyśle stwierdzam jednak, że owca pomorska ma delikatniejsze od czarnogłówki runo, mimo tego że w przędzeniu i dzierganiu zachowują się podobnie.  


Partia runa Kwidzyńskiego sięgała 10cm długości i więcej. Zdecydowana jej większość charakteryzowała się wyraźnym karbikiem i była wysokiej jakości. Podobnie (jeśli nie lepiej) było z czesanką z owcy pomorskiej przygotowaną przez Martę i Sebastiana z kaszubskiej manufaktury wełny.

To u Marty i Sebastiana po raz pierwszy zetknęłam się z odmianą barwną tej rasy. Więcej o niej znajdziecie w internecie pod hasłami Rauhwolliges Pommersches Landschaf, Rauhwolliges Pommern, Pommernschaf. Lub jak na początku ją nazywano Grauwollschafe (owca szaro-wełniana) z czasem zmieniona na Rauhwollschafe (owca grubo-wełniana). Wspomnieć należy, że odmiana barwna w połowie XX wieku wpisana została na Czerwoną listę zagrożonych zwierząt gospodarskich, było tych owiec tak mało. 

Jak się z pomorską pracuje?

W nitce domyka się. To znaczy, że przędziona nic na całej swojej długości jest zwarta i trzyma się razem. Nie kłaczy się, nie traci. Po upraniu i ustabilizowaniu lekko napusza się, nabierając cech puszystości i miękkości. Doskonale zachowuje się w pojedynczej nici, nabiera atrakcyjności w dublowaniu. W tkaniu powinna mieć sporą wytrzymałość w osnowie, polecam ją jednak bardziej na wątek. Z pewnością jednak wytrzyma w dłuższej krajce czy innej taśmie. Jest jednak elastyczna i może się naciągać.

Przędzie się ją bez większego wysiłku. Bardzo łatwo "zapamiętuje" zadaną grubość i jeśli czesanka jest dobrze przygotowana, wyciąga się za sobą miarowo i o równych ilościach. Zdecydowanie jest to wełna do serialu.

W szydełkowaniu i dzierganiu napusza się, łapie w siebie powietrze, szybko i w dużym stopniu nabiera miękkości. Podgryza w małym stopniu, odpornych wcale.  

W filcowaniu, przez tą swoją zwartość i miękkość, nadaje się do detali (igła sucha). W filcowaniu na mokro z pewnością da dużo radości z tworzenia worów o wyraźnym konturze. Nie kłaczy się, nie będzie odstawać, tworząc jednolity i zwarty płat.

W barwieniu dobrze i szybko przyjmuje pigment. Z barwnikami syntetycznymi możliwe jest wysokie wysycenie kolorem. 


Czy polecam wełnę owcy pomorskiej?

Każdą polecam. Myślę jednak, że pomorska będzie idealna dla początkujących. Miękka, nie gryząca, mająca w surowym stanie ogromną ilość lanoliny. Nie ma tendencji do podfilcowywania się, więc łatwo jest ogarnąć opranie i wyczesywanie. Nie sprawia trudności w przędzeniu, łatwo się wyciąga i szybko daje równą nitkę. Dla doświadczonej prządki z pewnością będzie "partią relaksu". Pracy łatwej, szybkiej i z ogromnym, satysfakcjonującym efektem. 

 

Stanisław Milewski, Predyspozycje owiec pomorskich do użytkowania mięsnego 

krajowa sieć bioróżnorodności - owca pomorska

owca pomorska agroturystyka Łabędziewo  

pomeranian coaresewool sheep 

Pomeranian_Coarsewool wiki 

 

Przypominam, że mamy #2026rokpolskiejwelny 

Owca pomorska doskonale wpisuje się w propagowanie wełny owczej z polskich hodowli, tym bardziej że jest to rasa rodzima.

Z ogromnym żalem przyjęłam informacje, że dwa stada spod Kwidzyna przestały istnieć. W tym jedno miejsce posiadało zwierzęta z programu zachowawczego. Niestety sytuacja hodowców i utrzymywanie małych przeżuwaczy rozpisuje raczej czarne scenariusze na przyszłość. Może nasze, artystów i rzemieślników, zainteresowanie może przystopować degradacje stad wynikającą z nieopłacalności hodowli. 


W związku z tym, w szerszej grupie twórców powstała inicjatywa #owcanawarsztacie

Chcemy szerzej i bardziej merytorycznie opisywać i mówić o naszej pracy z wełną owiec z polskich hodowli. Propagować ten produkt jako coś o wysokich wartościach i szerokim zastosowaniu. Chcemy też odpowiedzieć na potrzeby i pytania o takie runo. 

Jakie? Po co? Do czego? Skąd?

W swoich założeniach, żeby punkt startu był jak najbardziej zbliżony, korzystamy z jednego źródła wełny jakim są produkty Marty i Sebastiana z kaszubskiej manufaktury wełny 

Wełna różni się od siebie w zależności od stada, miejsca pastwiskowego, dobrostanu zwierząt, a nawet roku pozyskania strzyży. By uniknąć tak wielkich rozbieżności, skorzystaliśmy z oferty czesankowej manufaktury. 

Więcej treści innych twórców znajdziecie pod hasztagiem #owcanawarsztacie oraz na instagramie OWCA NA WARSZTACIE


 

 

wtorek, 11 listopada 2025

kołowrotek z Korzeniewa

 

 

    To chyba najbardziej cieszy. Gdy staruszki klekotki zaczynają śmigać bez zacięć.

    Przedstawiam państwu małego ukraińca z Korzeniewa. Niewielkiej miejscowości nad Wisłą w woj. pomorskim.


    Czemu mały ukrainiec? Na tej samej zasadzie co mały holender czy inne tego typu nazwy własne. Choć w przypadku moich kołowrotków i edukacji o nich, to wyłącznie moja nomenklatura którą chyba tylko ja stosuje. 

    Ten typ małego kołowrotka - bardzo zgrabnego do przemieszczania się z nim i lekkiego - wg wszelkich moich informacji pochodzi właśnie ze wschodu, z rusi Kijowskiej. Ja te maluszki znam ze swojego dzieciństwa jako kołowrotek Łemków, który funkcjonował na Nowosądecczyźnie równocześnie z naszymi polskimi ławkowcami. 

    Skąd więc taki typ kołowrotka na pomorzu? 

    Z przesiedleń w 50 latach XX wieku. Ale to dużo dłuższa i cięższa historia, która mogła przy przygasić naszego małego wesołka.

 

 

    Co mu dolegało?

    Drewnojady i lata kurzu. Był kompletny, choć podstrugana siekierką jedna z nóżek mocno odstaje od pozostałych dwóch toczonych. Jest to jednak część jego historii, której nie wymieniłam.

    Wrzeciono ze szpulką - całe. Podstopka z napędem - całe. Drewniany gwint hamulca - cały i działa. Tylko na napędzie trzeba było wymienić snopowiązałkę na bardziej elegancką bawełnę. 

 






    Pozostało rozłożenie pacjenta na części i mozolne jego oczyszczenie z brudu na sucho z pomocą papieru ściernego. Z uprzednim podtruciem chemią, dla zniwelowania zagrożenia drewnojadami. 

 


    Maluch jest stworzony z różnych kawałków drewna. ławeczkę i system wrzeciona ze słupkiem napędu z dębiny. Koło i słupki z systemem hamulca z sośniny. Z tego też względu odpadły wszelkie lakiery i bejce. Po oczyszczeniu został on jedynie zapokostowany olejem duńskim, który wyciągnął słojowanie i podbił naturalny kolor drewna. 

    Obecnie wytrwale służy w edukacji kolejnych prządek na Zamku w Kwidzynie, jako ciekawostka i pracujący klekotek.

 


 
    Z klekotów mam Wam jeszcze do pokazania Szweda (na prawdę ze Szwecji). Anglika (moja nazwa) i kolorowego Polaka.

    Wiem że prządki nazywają swoje kołowrotki imionami i ksywkami. Sprawdza się to na warsztatach i zajęciach gdy ma się tego sprzętu pokaźną ilość. Korzystający wiedzą po którego sięgać gdy rzuca się hasłami imiennymi. U mnie jakoś rozgościło się to narodowościowe nazewnictwo, które odrobinę przybliża historię i kierunki stylistyczne tego rzemiosła. Z kolei posiadane przeze mnie nowe sztuki mają swoje fabryczne imiona - Sonata i Polonez.

    Wasz kołowrotek ma imię? 

 

 

 

niedziela, 26 października 2025

kołowrotek Justyny

Justyna ze swoim kołowrotkiem trafiła do mnie do Muzeum na Zamku w Kwidzynie na warsztaty z przędzienia jakie regularnie w tym miejscu prowadzę. Było to w końcówce roku 2023. 

Folder z dokumentacją jaką wykonywałam specjalnie z myślą o poście na bloga mam zatytułowany 27.12.2023r. Więc to już dwa lata jak ten wpis miał się pojawić...

 

Justyna ze swoim klekotkiem przyjechała do Kwidzyna aż z Tomaszowa. 

Nie będę ukrywać że wiele z Was imponuje mi w tym jakie odległości potraficie pokonać by wspólnie prząść. Autem, pociągiem, trzema autobusami z przesiadką. Chapeau bas.

Wracając jednak do klekotka...

 

Z pewnością znacie takie zdjęcia z ofert na olx. To powinno w zestawieniu z pierwszą fotografią dać perspektywę co może się kryć pod osadem czasu. 

Zdarza mi się odświeżać kołowrotki. Nie jestem w stanie wykonać ich pełnej renowacji ponieważ nie posiadam tokarki, ani innych narzędzi mogących na gorąco wyprostować zwichrowane koła, czy wyciąć/wytoczyć brakujące elementy. Doświadczenie w konserwacji drewnianego wyposażenia kościołów jak ambony/stalle/święte figury pozwala mi jednak czasem podjąć się udanych metamorfoz. 

Oczywiście to podjęcie się prac poprzedza ocena czy w ogóle warto i czy (jak już wspomniałam wyżej) jestem w stanie coś zdziałać bez specjalistycznych narzędzi, a jedynie chałupniczymi sposobami w salonie na płytkach podłogi. 

Kołowrotek Justyny to klasyczny "wózek" jak nazywa się je u mnie na Sądecczyźnie. Lub "ławkowiec" jak zwykłam ja sama na nie mówić gdy uczę Was przędzenia. 

Był pokryty osadem kurzu i brudu (zapewne przez wzgląd na wieloletnie przebywanie na strychu/szopie). Grubszego w miejscach smarowania elementów ruchomych i w punktach w jakich osadzała się podczas pracy lanolina z kurzem przędzionej wełny. Nagromadzenie brudu i wieloletni brak użytkowania spowodował że kołowrotek pracował nierówno- "haczył", zacinał się, zrywał przędze. Czyszczenia wymagało nie tylko drewno, ale wszystkie elementy metalowe jakie pokryte były rdzą. Mimo wszystko pracował i Justyna była w stanie wyciągnąć na nim równą nitkę. 

Pacjent rokował. 

Staruszek był kompletny. Posiadał wszystkie haczyki na skrzydełku wrzeciona. "Zdrowe" skórki zawieszenia wrzeciona (niesparciałe, nienaderwane, niewymagające wymiany). Wszystkie trzy nóżki oryginalne (brak późniejszych, bardzo częstych w staruszkach sztukowań). Szpulkę i kółeczko hamulca bez pęknięć i wyszczerbień. Pałąk napędu oryginalny i elegancko wyprofilowany. Koło napędu nie było przekoszone względem szpulki i hamulca.

Uszkodzona była podstopka napędu. Pękła przeżarta przez drewnojady i wymagała wymiany w całości. 

 

Zgodnie z technologią powinno się w całości rozebrać kołowrotek na części i każdą z części z osobna opracować (wyczyścić, załatać braki, zabezpieczyć) na koniec składając wszystko na powrót w całość. Gdybym sama nie przędła może stosowałabym się do sztuki pracy z takim drewnem. Kołowrotek jest jednak bardzo specyficznym narzędziem, a wiekowy kołowrotek dyktuje kompletnie inne warunki obsługi. Obrazowo mogę porównać go do starego człowieka który przepracował całe swoje życie fizycznie. Posiada on swoje zwyrodnienia które przy składaniu po uprzednim poporcjowaniu go, bardzo często już do siebie nie pasują. 

Dlatego ze staruszków klekotów wyciągam wyłącznie te elementy jakie sam chce puścić. Zapieczone nóżki, czy słupki pozostawiam. Pozwalam sobie zaznaczyć, że jest to jedynie moje osobiste podejście jako praktyka z pracą w drewnie i z wełną. Nie przemawia za tym nic poza przekonaniem i niewielkim doświadczeniem. A z pewnością jest piekielnie niewygodne podczas jednego z etapów pracy...

Oczywiście w grę wchodzi wyłącznie czyszczenie na sucho. Papierek ścierny i podskrobywanie. Wszelkie szorowania szczotą z wodą i detergentem w wypadku tak przesuszonego i wysłużonego drewna odpadają. 

 

 

Staruszek nosił na sobie ślady po bytnościach drewnojadów. Nie zauważyłam żadnej ich aktywności, ale zapobiegawczo zapuściłam otwory tuneli ogólnie dostępnym w sklepach budowalnych środkiem na te owady firmy altax. Za pomocą strzykawki wpuszcza się środek do otworów, zawija elementy szczelnie w folię i pozostawia około tygodnia w celu wytrucia. Środek nie pozostawia zatłuszczeń, proszę jednak o uwagę w pracy z nim - dobrze wietrzone pomieszczenie, rękawice ochronne i maska z filtrem.

Wspomniana podstopka była przeżarta dokładnie na środku. Podklejanie jej, czy utwardzanie mijało się z celem ponieważ pękniecie przebiegało dokładnie w punkcie nacisku stopy. Należało wykonać ją z nowego kawałka drewna z uwzględnieniem profilowania podobnego do tego z oryginału. Jak na wycinanie nożykiem do tapet wyszło całkiem zgrabnie. 

O ile przekładka na napęd mocowana jest oryginalnie na ordynarne gwoździe, ja nowy element zamocowałam zgodnie ze sztuką na drewniane kołeczki i vikol. Wszystko wyrównane papierem ściernym i maskowane dobranym kolorystycznie drewnem. Nie postarzałam specjalnie tego nowego elementu. To kolejna z historii tego kołowrotka i pozostawiłam ją wyróżniającą się. 


 

I teraz najlepsze... Kołowrotek Justyny pod warstwą brudu chował prawdziwą niespodziankę.

Czerwone zdobienia pasowe. 

 



Tu należało podjąć decyzję o tym jak kołowrotek będzie finalnie wyglądał. Oczywistym jest że zachowujemy widoczne zdobienia i odtwarzamy te zatarte. Dylematem pozostał dobór techniki ich wykonania. Oryginały wydawały się być wykonane podbarwianą bejcą. Wszelkie malowania farbą odpadały ponieważ nadałyby innego charakteru. Przyznam się, że ja poszłam w oszustwo i koloryzacje wykonałam... kredką. A dokładniej dwoma kredkami w czerwonym odcieniu by kolor jak najwierniej zgrał się z tym odkrytym. Od początku wiedziałam, że zabezpieczę całość lakierem - lepsze utrzymanie w czystości dla prządki. Zabezpieczenie na zarysowania w transporcie czy oddziaływanie UV lub wilgoci. Wiedziałam więc że pigment z kredki nie zmaże się w użytkowaniu pokryty warstwą lakieru, a dobór koloru był w ten sposób osiągnięty wiernie z oryginałem, co w przypadku bejcy nie musiało mieć miejsca. Kredka pozostawiła pod sobą widoczną strukturę drewna, farba przykryłaby go. Z szukaniem i dopasowaniem bejcy było za dużo zachodu (i smrodu, a przypominam że prace prowadzone były w salonie).

I oto:


 



Mam nadzieje że staruszek bez zawahań puszcza z siebie kolejne kilometry nici, a gdy nie pracuje to po prostu cieszy oko. 

 

Być może ten post da Wam odwagę by spróbować zmierzyć się z odświeżeniem własnego staruszka. Może przekona do kupna jakiegoś rokującego potworka. Gdyby jednak takie prace Was przerażały, a skala uszkodzeń kołowrotka przekraczałaby Wasze możliwości naprawy, istnieje ratunek.

Polecam Wam (na razie) dwóch rzemieślników którzy znają pracę i fizykę kołowrotków. Potrafią wykonać brakujące elementy, lub w ogóle na nowo poskładać jakiegoś połamanego nieszczęśnika:

Pan Andrzej Naczyński - mail: andrzej.naczynski@onet.eu facebook

Kibort Craft - mail: kibortcraft@gmail.com facebook

Widziałam ich prace. Znam opinie zadowolonych ze współpracy prządek. Polecam.

 

...i niech się kręci.  





środa, 2 stycznia 2019

Wernekinck Edam.


 Wyłapana na Klubie Prządki okazja z olx została przeze mnie szybko przejęta i jej finał od dwóch tygodni służy mi w pracy.
 Kołowrotek typu holenderskiego Wernekinck Edam, posiada dodatkowo zdejmowane motwidło w nadstawce (które wydaje się dokupione osobno, bo jest tylko bejcowane, kołowrotek natomiast w całości jest pokryty ciemnym lakierem). W komplecie brakuje 2 szpul na leniwej kaśce i toczonej zatyczki, która ładnie wieńczyła by słupek po zdjęciu motowidła.

Przykład znaleziony na pintereście: https://pl.pinterest.com/pin/398920479472638167/
Więcej przykładów tego typu holenderskiego kołowrotka znajdziecie pod hasłem "schippertje".

Mój Schippertje:


 Wernekinck jest produktem fabrycznym, nie ma żadnych śladów napraw, czy sztukowań (prawie... o tym na końcu). Zakupiony został z drugiej ręki jako używany i rzeczywiście posiada ślady użytkowania na wrzecionie- w postaci wyżłobień od przędzionych nici na wylocie i jego haczykach.
 O kołowrotkach używanych można by napisać osobny artykuł (bo tak na prawdę bardzo ich nie lubię- o i tym właśnie szerzej postanowiłam napisać w innym czasie), tu jednak nie o nich stricte mowa i przemilczymy ten wątek.
 Ten należał do palaczy papierosów. Skąd o tym wiem? Zdarzyło mi się dwa razy wprowadzić do mieszkania po palaczach- tej żółtej smoły na meblach, żyrandolach i karniszach, kratkach wentylacyjnych, drzwiach i nawet klamkach, nie da się pomylić z niczym. Doczyszczenie kołowrotka by się nie lepił do rąk i nie wydzielał tego charakterystycznego zapachu nie było łatwe, bo sprzętu drewnianego nie można o tak wsadzić pod prysznic i namiętnie polewając go wodą urządzić mu szorowania mleczkiem (post o konserwacji kołowrotków też wymaga osobnego opracowania). 
 W końcu jednak jest- czysty i co najważniejsze sprawny!




 Cechą charakterystyczną dla Wernekinck Edam jest system hamulcowy- a co to? Jest to system pozwalający na wolniejsze obracanie się (w tym wypadku) wrzeciona, w stosunku do szpulki na którą zakładany jest napęd (w tym wypadku fabryczna, elastyczna, plastikowa linka-uwielbiam to rozwiązanie!). Pozwala to na równoczesne skręcanie włosia w nić i nakręcanie tej nici na szpulkę. Gdyby wrzeciono obracało się w takim samym tempie co szpulka, dochodziło by jedynie do skrętu włosia w przędzę, ale nie jej nawlekaniu na szpulkę- niewyregulowanie hamulca często prowadzi w pracy do tzw. "przekrętów", zbytniego zbicia tworzonej nici, efektu całkowicie niepożądanego.


 Wernekinck za taki hamulec ma pasek skórki, którego napięcie regulowane jest za pomocą śruby umocowanej pionowo do słupka na którym opiera się wrzeciono. W zależności jak mocno chcemy skręcić nić i z jaką prędkością wciągać ją na szpulkę, za pomocą tulejki regulujemy siłę zacisku paska skórki na wlocie wrzeciona.
 Ogromnym minusem tego kołowrotka jest to, że drewno trze o drewno- bo drewniany wlot wrzeciona opiera się na drewnianym słupku. Temperatura jest wyczuwalna i czasem lepiej zrobić sobie krótką przerwę do ostygnięcia.




 Zaskoczył mnie również system mocowania haczyków na skrzydełkach wrzeciona. Są one bardzo szeroko rozstawione i wszystkie po tej samej stronie. Nie jest to oczywiście żaden problem bo nici przeplata się zygzakiem po każdej zmianie pozycji, muszę jednak przyznać, że to pierwszy kołowrotek w moich rękach z takim rozwiązaniem.


 Niestety... Kołowrotek ma lekko zwichrowane koło- chodzi ono nierówno, nie w idealnym pionie. Można na nim pracować, ale przekłada się to na jakość tej pracy. Nierówna praca koła, przekłada się bezpośrednio na napęd, który kręci szpulką. Regularnie koło zwalnia i przyspiesza sprawiając, że nić jest szarpana, wyrywana z podających czesankę palców. Odbija się to na napięciu podawanej nici, która w tak podawana na szpulkę "skacze" i spada z haczyków.
 Nie brzmi to dobrze i tak samo niedobrze wygląda w pracy- nie jest to jednak nic, na co nie znalazło by się rozwiązania w postaci napraw czy wyuczenia się metod pracy na takim kapryśniku.
 Nierówne działanie koła można zaobserwować dopiero na filmie, kiedy kołowrotek stoi bokiem. Film opisujący Wernekincka i pokazujący jego pracę wrzucam u siebie na funpage, na facebooku:


Istnieje jeszcze podejrzenie, że sama szpulka na zbyt długim pałąku podczas pracy przesuwa się w poziomie i to powoduje rwanie. Być może wystarczy założyć jakiś lekki ogranicznik, co wyeliminuje problem- jego działanie w dalszym ciągu jest u mnie w fazie testów.






 Sznurek, który trzyma pałąk napędu z pedałkiem jest założony przeze mnie. Ogromny supełek trzyma od spodu, by podczas pracy nie wyleciał z dziurki, a pałąk nie wystrzelił w powietrze (co już miało miejsce, ale z innym mocowaniem).
 Nasuwa się podejrzenie, że ten mały luz między pałąkiem, a pedałkiem może powodować zrywanie i nierówną pracę koła- bo miało by to sens. Niestety nie. Było już na ciasno, było z innym mocowaniem, bardziej sztywnym- koło chodziło tak samo nierówno.
 Ciekawostką w tym niechlujnym założeniu przeze mnie sznurka do wędlin w tym miejscu jest to, że kołowrotek przyszedł do mnie w tym miejscu przewiercony śrubą.


 Niestety zachwycona w pierwszej fazie po otrzymaniu kołowrotka nie zauważyłam tego i od razu przystąpiłam do najważniejszych testów, czyli jak nić wchodzi na szpulkę. Sztywna śruba pękła, a ja musiałam podcinać pałąk by wydobyć jej resztki wwiercone w jego wnętrze.

 Wymieniam wszystkie te minusy, by uczulić możliwych kupujących kołowrotki z drugiej ręki na problemy jakie ja napotkałam. Chwalę się jednak tym holendrem bo jest to kołowrotek, który budzi we mnie myśli typu "tak, chyba cię sobie zostawię", bo większość używanych kołowrotków po zapoznaniu się z ich technologią pracy sprzedaje, bądź oddaje do pracy innym prządkom. 
Edam na prawdę się mi spodobał. Uwielbiam jego wielką szpulę, to że siedzi się do niego przodem, jego toczenia. Brakujące elementy można bardzo łatwo dokupić u osób, które już profesjonalnie świadczą takie usługi (np. Alpaka Farm Polska ).
Jestem przekonana, że płynne działanie mojego Wernekincka Edama jest też kwestią wypracowania sposobu postępowania z nim.
Zresztą, duble kręci mi fantastyczne. Dwie szpulki Kromskiego wchodzą na jedną Edama.
I to jest to! Waga takiego motka w ręce daje ogromną satysfakcję z pracy.

Jeśli ktoś z Was czytających posiada banalne rozwiązanie problemu nierównej pracy mojego nowego kołowrotka, bardzo proszę o wiadomość. Z doświadczenia w tym rzemiośle wiem, że często fiksujemy się na jakimś zagadnieniu, kompletnie tracąc z oczu najprostsze rozwiązania.

Kończąc, po prostu polecam Wernekinck'i ;-)